Głównym bohaterem niniejszej powieści rysunkowej jest Tytus de Zoo. Tytus oraz dwaj jego przyjaciele - Romek i A`Tomek - znani już wcześniej z gazety harcerskiej "Świat Młodych", gdzie od 1957 roku ukazywały się w odcinkach przygody tej wesołej trójki.

Popularność Tytusa i spółki skłoniła autora do przygotowania w 1966 roku w formie książkowej zupełnie nowych przygód tych sympatycznych bohaterów. Przygód, których Tytus zaznał tym razem na harcerskim szlaku. Romek i A`Tomek doszli bowiem do zgodnego wniosku, że Tytus marnuje się i postanowili go wciągnąć do harcerstwa. O tym, co z tego wynikło, przeczytacie za chwilę sami.


Z okazji debiutu książkowego Tytus de Zoo udzielił wówczas krótkiego wywiadu.
Oto on:

- No, cóż, urodziłem się w gąszczu...
- Dżungli?
- Nie. W gąszczu kresek i linii. Ojciec mój, tata Chmielewski, jest grafikiem. Pewnego dnia przewrócił mu się słoik z tuszemi na papierze powstała wyjątkowo piękna plama. Tata błysnął talentem i dorysował do plamy jeszcze parę kresek. W ten sposób z głupiej plamy powstał mądry Tytus. Trudne miałem dzieciństwo! Ojciec, jak ojciec - to mnie pieścił, to tłukł, czym popadło. Ale nie żałuję, bo dzięki temu biciu wybiłem się ponad innych.
- Czy pamiętasz, za co dostałeś pierwsze lanie?
- Owszem. Kiedyś tak się rozbisurmaniłem, że rozerwałem ramki, w których mnie tata rysuje. Tata sprał mnie wtedy końcem pędzelk i od tej pory dla pewności rysuje grubsze ramki.
- Kiedy nadchodzi wiosna, wielu twoich rówieśników wybiera się do afrykańskiej dżungli. Czy warto?
- Życie w dżungli jest trudne. Brak cukierni, kin, telewizji... Ja osobiście, kiedy mam nieprzepartą chęć zobaczenia dżungli, udaję się do pierwszej lepszej szkoły na dużą przerwę i to mi wystarcza.
- Twoje największe przeżycie?
- Był to - pamiętam - rok aktywnego słońca. Ojciec był zajęty struganiem ołówków, więc ja, korzystając z zamieszania, czmychnąłem na ulicę, trochę się przewietrzyć. - Małpa, małpa! - wołali ludzie i zaczęli mnie łapać. Po wielogodzinnej szalonej ucieczce dachami miasta schwytali mnie wreszcie strażacy, kiedy się zaplątałem w neon "Ubezpieczony zawsze zadowolony". Odstawiono mnie wówczas do zoo. Zamknięty w klatce typu M-3 byłem przez wiele miesięcy rozrywką dla gawiedzi oraz żywym dowodem naukowym, że człowiek i małpa 50 milionów lat temu mieli wspólnego dziadka. Udowadniałem to twierdzenie, jak mogłem najlepiej. Robiłem głupie miny, chodziłem na dwóch nogach i piłem z butelki. Ludziska dziwili się, a niektórzy doszukiwali się we mnie nawet podobieństwa do swoich krewnych. - Kiedy tak pije z butelki, wykapany wujek Kręciołek - mówili. Dzięki patrzeniu godzinami na mnie ludzie mądrzeli, a ja głupiałem coraz bardziej. Dopiero kiedy zaopiekowali się mną dwaj harcerze, Romek i A`Tomek, powoli zacząłem wychodzić na ludzi. I od tamtej pory wychodzę, wychodzę i wychodzę, aż wyszedłem drukiem w postaci tej oto książeczki.